maru: Czy tytuł książki „Chodźcie, idziemy” jest pytaniem do Polaków żyjących w Niemczech, a może nakazem? Czy ta otwarta forma w tytule ma na celu zostawić czytelnikowi wolny wybór? (Chodźcie, idziemy? - Chodźcie, idziemy!)
Janusz Rudnicki: Wezwaniem, jeśli już. Ale takimi retorycznym, oczywiście. Żeby czytelnik dupę podniósł. Ale nie z Niemiec do Polski czy odwrotnie, nie, nie, po cholerę. Po prostu, żeby udał się w podróż z autorem. Ta książka to bilet, rodzaj zaproszenia do podróży. Poza tym, zawsze bawił mnie ten zwrot, to samo prawie słowo w dwóch odsłonach.
maru: W jaki sposób dokonałeś doboru bohaterów? Na czym polega ich symbolika?
JR: Sami się jakoś wybrali, nie miałem żadnego „planu kadrowego”. Ich symbolika? Nie lubię symboliki, ale jeśli już chcesz, to.., ja wiem? Dyrygent może być Sancho Pansą, Pinkerton Don Kichotem, a Madame Butterfly, występująca jako „MB”, Matką Boską.
maru: Wydaje mi się, że poszczególne części twojej książki składają się na kartotekę (jeden, dwa, trzy, cztery). W jaki sposób twórczość Różewicza wpłynęła na twój utwór?
JR: Nie myślałem o „Kartotece”. Zapomniałem o niej na śmierć. Ale spostrzeżenie ciekawe. Tym bardziej, że po czterech rozdziałach następują cztery ich dopełnienia, tak, że całość zaczyna i kończy jedynka.