Skip to content

Foto

RAFAŁ KARCZ - Youth from a damned city

 

dodany przez maru

9. Wrzesień 2010 - 15:00 - 2. Październik 2010 - 14:00
  

Wystawa od 09.09.2010 do 02.10.2010

Kunstraum Denkpause  

Mühlendamm 47
22087 Hamburg

Rafal Piotr Karcz - urodzony w Krakowie w roku 1969. Absolwent Historii Sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Wydziału Form Przemysłowych krakowskiej ASP. Malarz i fotografik eksperymentujący z mediami oraz technikami. Realista. Członek Stowarzyszenia Pastelistów Polskich, a także amerykańskich. Finalista tegorocznego Międzynarodowego Biennale Pasteli w Nowym Sączu. Miał 7 wystaw indywidualnych w latach 2001-2008. Tworzy dłuższe, zwykle monotematyczne serie, eksponując wybrany - przetworzony- motyw lub tez grupę motywów-przedmiotów.

Godziny otwarcia:
środa i piątek od godz.15 do 18, sobota od godz.11 do 14.

Adres internetowy: www.denkpause.info

Wywoływanie obrazów
Rozmowa z krakowskim malarzem Rafałem Karczem

Sztuka chropowata
Rafał Karcz: Chodzi o to, żeby moja sztuka była chropawa, żeby nie było w niej wygładzenia. Mam swoje Bronowice, znane wszystkim z Wesela Wyspiańskiego… Siedzę sobie tam i koresponduję ze światem. Środowisko krakowskie mnie olewa i, mówiąc krótko, ja je też. Jest zamknięte, bo ma swoich ludzi. Żadnej wystawy w Krakowie nie miałem, może kiedyś… Może też niespecjalnie próbowałem zrobić tu wystawę, ale wiem, że w Krakowie światek artystyczny jest taki… zaśniedziały.
Ewa Miszczuk: Wydaje mi się, że problem może polegać na tym, że robisz sztukę inną niż ta, która jest wystawiana w oficjalnych galeriach sztuki współczesnej.
R.K.: Po prostu robię swoje.
E.M.: Czy w takim razie taką twórczość, jak twoja, łatwiej jest wystawiać na przykład w Stanach Zjednoczonych?
R.K.: Łatwiej. I w Niemczech również. To się bierze z większej otwartości galerzystów i decydentów. Mają oni też większą skłonność do ryzyka, ale też może jest to wpływ ich wcześniejszej kultury, tradycji. Nie wiem, jakie są to dokładnie mechanizmy, mogę się tylko domyślać.

Grzebię coraz głębiej
R.K.: Od strony formalnej, jestem zanurzony w dość tradycyjnym malarstwie. Lubię konceptualizm, sztukę czystą, w sensie zupełnego oderwania od malarstwa, ale cenię też tradycję, malarstwo dawnych mistrzów. Jestem historykiem sztuki, a przecież niewielu malarzy jest też teoretykami. Chociaż wydaje mi się, że obecnie zupełnie odszedłem od teorii.
E.M.: Twoi dawni mistrzowie nie są aż tak odlegli. Inspirowałeś się ponoć bardziej Młodą Polską niż malarstwem siedemnasto- czy osiemnastowiecznym.
R.K.: Młoda Polska, tak, ale też właśnie osiemnasty wiek, a konkretnie akwareliści brytyjscy. Konkretnych nazwisk nie wymienię, bo było ich mnóstwo. Szkoła akwareli w Wielkiej Brytanii, to były wyżyny, jeśli chodzi o ich techniczną wirtuozerię. Daleko mi do nich, ale współcześnie nie o to chodzi, żeby być wirtuozem techniki.
E.M.: W takim razie, co takiego współczesny malarz może zaczerpnąć od brytyjskich mistrzów?
R.K.: Bardzo rzadko chodzę na wystawy, bo unikam muzeów, nudzi mnie to po prostu, ale byłem niedawno w gmachu głównym w Muzeum Narodowym na wystawie „Amerykański Sen”. Pokazywano na niej głównie hiperrealizm amerykański, tworzony w latach siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Kierunek ten jest mało znany, bo nie jest to żaden pop art, ale fotograficzny hiperrealizm. Przyglądałem się tej sztuce i myślałem: po co to w ogóle? – przemalowywanie zdjęć w formatach trzy metry na dwa. Tak dokładne, że widz stoi i patrzy, i nie ma pojęcia, czy to obraz, czy zdjęcie. Tak było w przypadku większości tych prac – wirtuozeria techniczna i na pewno co najmniej miesiąc pracy spędzony przy płótnie. Ale po co? Gestu malarskiego nie ma w tym za grosz, totalnie wygładzona powierzchnia, jak na zdjęciu. Ale obok tych dużych olejów, była też salka z akwarelkami, ze szkicami niektórych tych malarzy, tylko w takim formacie [R.K. pokazuje swoją pracę] albo nawet w mniejszych. Wirtuozeria tych akwareli była nieprawdopodobna! Wykonane były tak, że z daleka wyglądały jak zdjęcia, a podchodzisz bliżej, i… widzisz akwarelę. Widać było takie delikatniutkie podrysowanie ołówkiem, czasami nawet wytarte wtórnie gumką.
E.M.: Interesują cię również współcześni artyści niemieccy. Nawiązałeś z nimi kontakty osobiste czy porozumiewacie się przez internet?
R.K.: Jako zwierzę internetowe siedzę przy komputerze i poszukuję. Zajmuje mi to nawet za dużo czasu, bo dzieje się kosztem malowania. Jestem bardzo dobry w poszukiwaniach, cały czas grzebię w sieci jak kura w ziemi. Grzebię coraz głębiej, głębiej, i głębiej. Szukam ciekawych artystów, artystek – i odnajduję ich w bardzo nieoczekiwanych momentach. Okazuje się, że w Niemczech jest ich bardzo dużo. W jakichś dziwnych zapadłych dziurach, zapomnianych miejscowościach, w niezbyt znanych galeriach, jest mnóstwo fajnie malujących kobiet, właśnie nie facetów. To nazwiska, które nic w Polsce nie mówią. Jeśli kogoś polubię, to do takich osób staram się pisać, że podoba mi się ich sztuka, że też jestem twórcą, a moje prace można zobaczyć tu, tu, i tu. Większość z tych twórców odpowiada, większość z nich kojarzy, gdzie jest Kraków – i piszą, że jest to piękne miasto.
E.M.: Taka mało znana twórczość z jakichś względów cię interesuje.
R.K.: Chciałbym stworzyć rodzaj prywatnego panoptikum, swoistej kolekcji – różnych odrzutów, papierków, czasami nawet może śmieci. Piszę więc do artystów, w drugim bądź trzecim mailu, żebyśmy wymienili się obrazami. Dużo osób się na to zgadza i wiele moich prac wyjechało w ten sposób, głównie do Niemiec. Tworzę sobie taki własny zbiór, którego jeszcze nigdzie nie pokazywałem.

Pomniki prędkości
Monika Mizera: Te pospieszne kształty, o otwartych granicach, kontury zatracające swą ciągłość, nie zredukowane linie pomocnicze jako pomniki prędkości, podkreślają dobitnie tymczasowość dostrzeżonej przez artystę sytuacji, a w tym i krótkie życie chwili, która zostaje oddana na płótnie już jako wspomnienie. Owe rozwiązania rysunkowe zalewane są następnie plamami barwnym, najczęściej nie mieszczącymi się w przewidzianych dla siebie miejscach, przekraczających autonomie, dokonujące wręcz ekspansji wizualnej. Ale ta podrasowana rzeczywistość, te rozchwiane linie, niesforne plamy w kolorach podkręconych na max, często zderzone w kontrastach nigdy nie biorą góry. To nie kompozycje ekspresjonistów niemieckich, których lekcję Karcz wciąż ma żywo w pamięci – tutaj forma zawsze jest ujarzmiona, podporządkowana treści, jedynie koloruje opowiadaną historię. [Monika Mizera, Historia Sztuki Uniwersytet Wrocławski, „Imperatyw undergroundu, czyli o malarstwie Rafała Karcza” – maszynopis przesłany mailem, przyp. E. M.].

Sztuka biedna
E.M.: Z tego, co już wiem, to malujesz akwarele.
R.K.: Nie tylko akwarele, to jest właśnie pomyłka. To nie są czyste akwarele. Tutaj masz na przykład akryl, popatrz: ołówek miękki, tutaj też mięciutkie ołówki, światłocienie wszelkie, akryle…
E.M.: Wymyśliłeś swój własny sposób na wykorzystanie tych tradycyjnych technik.
R.K.: Tak. Mieszam wszystko.
E.M.: Kiedy miałam się z tobą spotkać, znajomi pytali mnie, czym się zajmujesz, czy robisz instalacje, performance czy video-art?
R.K.: No tak, nie zajmuję się taką sztuką, to prawda.
E.M.: Był wprawdzie taki moment w rodzimej sztuce współczesnej, że malarstwo wróciło do łask. Na tej fali wyrosła twórczość grupy Ładnie czy Anny Baugmart. Twoje malarstwo jest jednak zupełnie inne estetycznie.
R.K.: Nie pasuje do nowoczesnego wnętrzna?
E.M.: Tak mi się wydaje, że jest to jeden z powodów, dla których twoje akwarele nie pełnią dodatkowej, pozaartystycznej funkcji, na przykład jako element designu. Pytanie więc – jak musiałoby wyglądać wnętrze, żeby twoje akwarele „dobrze” w nim wyglądały?
R.K.: Ale to jest sztuka biedna, arte povera, papierki, akwarelki, farby wodne, szkolne. A wnętrze? Powinno być proletariackie.
E.M.: Proletariackie. Tylko że problem polega na tym, że „proletariat” czy robotnicy…
R.K.: Nie kupują sztuki?
E.M.: Nie tylko nie kupują, ale i mają do niej duży dystans społeczny, również do artystów. Kiedy pracuje się ciężko w fabryce za marne grosze, to życie artystów i sztuka jest zupełnie obcym światem.
R.K.: Masz rzeczywiście rację. Myślę jednak, że jakikolwiek słaby obraz olejny, nawet kojarzący się ze współczesnym designem, niewątpliwie jest lepszy od pustej kartki papieru.

Byłbym radykalną feministką
R.K.: Lubię taki kierunek w muzyce amerykańskiej – mniej więcej sprzed dwóch dekad, piętnastu lat – Riot Grrrl, dziewczyny, które chwyciły za gitary i zaczęły bardzo ostro grać. To było bardzo ciekawe. Lubię w ogóle kobiety, które są bardzo świadome swoich oczekiwań i potrafią to wyartykułować, a nie lubię zahukanych dziewczyn.
E.M.: Mało jest takich kobiet, bo jednak społeczeństwo dość skutecznie je spycha poza nawias, jako „agresywne”.
R.K.: Szkoła, kościół, rodzina tutaj działają.
E.M.: Ale też praca. Naciski na to, żeby być grzeczną dziewczynką są bardzo silne.
R.K.: Ty nie jesteś chyba zahukana?
E.M.: Nie jestem, ale powiem ci z tej perspektywy, że jest to codzienna walka, bo jeśli kobiety chcą osiągnąć w przybliżeniu to, co mężczyźni, bardzo dużo energii tracą na udowadnianie, że coś znaczą i kimś są.
R.K.: Domyślam się. Gdybym był kobietą, to na pewno byłbym radykalną feministką, zwłaszcza w naszym kraju. Dlatego wspieram organizacje feministyczne, bardzo chętnie im pomagam, ponieważ mają ciężką sytuację w Polsce. Wsparłem jedną pracą fundację OŚKA, która organizuje Manify. Nie mam z tego żadnego zysku, ale ideowo popieram wszystkie ruchy lewicowe, społeczne, pozarządowe. Projektowałem też kiedyś wlepki dla organizacji „Nigdy Więcej”, która walczy z neonazizmem.
E.M.: A kiedy to było?
R.K.: W 2008 roku.
E.M.: Czytałam w którymś z wywiadów z tobą, że wcześniej nie byłeś zbyt chętny do tego, żeby cię identyfikowano ze sztuką społecznie zaangażowaną, czyli to się pojawiło niedawno?
R.K.: W zasadzie w moim malarstwie nie ma zaangażowania sensu stricto. Po prostu się nakręcam głównie muzyką i psychodelią. Polityką nie zajmuję się, ale zawsze chętnie służę pomocą.
E.M.: Czyli angażujesz się nie w samej sztuce, tylko…
R.K.: Pomagam. Na przykład dziewczynom z fundacji MaMa, kiedy wydawały książkę Co to znaczy być matką w Polsce?. Były to przykłady kobiet, które pisały do fundacji i na kanwie listów, spisanych wspomnień, rysował się jakiś obraz. Z tymże to były matki niezbyt sztandarowe, jak na polskie warunki, czyli matka-feministka, wdowa.
E.M.: Tak, tak, znam to.
R.K.:  Do tej książki zrobiłem okładkę.
E.M.: Dziewczyny zwróciły się do ciebie, wiedząc, że im nie odmówisz?
R.K.: Tak. Rysunki, które dla nich wykonałem, służyły dwukrotnie. To były takie niewielkie obrazki. Ołówek, flamastry, cienkopisy, tusz. Potem wystawiłem je na aukcję Owsiakową na Allegro, na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
E.M.: I poszły na aukcji?
R.K.: Poszły, oczywiście.

Napędzają mnie hipisi
R.K.: Do malowania napędza mnie głównie kultura hippisowska, chociaż nigdy nie byłem hippisem, zawsze blisko mi było do nowej fali.
E.M.: Kultura hippisowska, ale taka amerykańska, w „czystym wydaniu”?
R.K.: W „czystym wydaniu”, tylko że ona się zdegenerowała i chodzi mi właśnie o moment jej degeneracji.
E.M.: A skąd wzięło się zainteresowanie odległą kulturą amerykańską?
R.K.: Bierze się z muzyki. Kocham muzykę amerykańską. Od garażowego rocka lat sześćdziesiątych, po noise i hip hop.
E.M.: Tym medium kultury jest muzyka?
R.K.: Tak, przy muzyce też zawsze maluję.
E.M.: Mówiłeś o momencie degeneracji kultury hippisowskiej. To temat trochę historyczny…
R.K.: Hippisi są do dziś. Nawet na ostatniej wystawie World Press Photo pokazywano zdjęcia współczesnych hippisów z Danii.
E.M.: Owszem, pod Kopenhagą czy w Kopenhadze mają nawet swój własny skansen hippisowski, tak można powiedzieć.
R.K.: W Kopenhadze, tę dzielnicę nazywają Christiania. Mam taką koszulkę – „join[t] Christiania”.
E.M.: Może to jedyne miejsce, gdzie została zachowana subkultura hippisowska. Co, według ciebie, stało się z tą kulturą w Stanach Zjednoczonych? Co zauważasz w niej pociągającego?
R.K.: Jakąś psychodelię… Społeczeństwo amerykańskie, które jest takie, a nie inne. Sonic Youth, słynny zespół, nagrał nawet swój utwór „Death Valley 69”, nawiązując do wydarzeń z 1969 roku, i ja idę dokładnie w tym samym kierunku. Zespół ten zauważył, że początki choroby współczesnej Ameryki Północnej tkwią w 1968  roku, albo w 1967 nawet, kiedy miało miejsce „Summer of Love” (Lato miłości), Festiwal Monterey Pop.
E.M.: I co się wtedy takiego wydarzyło? Co się stało?
R.K.: Nic się nie wydarzyło. Nie wiadomo, co się stało.
E.M.: Mhmm. Nie wiadomo, co się stało w ludziach, co się zmieniło, ale jaki jest tego wynik, skutek?
R.K.: Być może skutkiem jest agresywna polityka Stanów Zjednoczonych na wielu frontach. Prowadzenie niezliczonych wojen.
E.M.: Uważasz, że coś się zmieniło w zbiorowej psychice, w świadomości społecznej?
R.K.: Nie wiem na pewno, ale nie wykluczam, że tak było. Generalnie, nie lubię tego kraju, nie cierpię go, aczkolwiek większość prac sprzedałem w Stanach i zrobiłem nawet kilka wystaw w Ameryce. Mam też zaplanowaną wystawę w Salt Lake City w kwietniu, ale nigdy w życiu nie byłem w Stanach, nawet nie mam wizy, tylko wysyłam moje prace.
E.M.: Z jednej strony nie lubisz tego kraju, z drugiej strony pociąga cię.
R.K.: Tak, interesuje mnie, ale moje kontakty z nim odbywają się za pośrednictwem mediów. Nie muszę jechać do Stanów, żeby ich dotknąć.
E.M.: A jak to się stało, że zwrócili na ciebie uwagę amerykańscy kuratorzy? Bo dość rzadko zdarza się tego typu współpraca wśród polskich artystów.
R.K.: Wysyłałem propozycje współpracy do wielu galerii amerykańskich. Kilka z nich odpowiedziało mi pozytywnie i myślę, że też pomogły mi wspólne znajomości.
E.M.: Czy to były w jakiś sposób wyselekcjonowane przez ciebie instytucje?
R.K.: Ogólnie, to stronię od wielkich galerii, tych o znanej marce, gdzie wystawiają  wszystkie „święte krowy” sztuki, od tych wszystkich Jeffów Koonsów. Mówiąc krótko, to „za wysokie progi”. Szukam więc takich miejsc, których nazwy nic mi kompletnie nie mówią. Po prostu piszę, jestem luzak, i piszę. Wytnij, wklej, mail wzorcowy i ślę [śmiech].

Jestem postmodernistą
E.M.: W twojej twórczości przewijają się stałe wątki tematyczne. Przed wszystkim, spotykają się w niej – w moim przekonaniu – dwa przeciwstawne światy, czyli underground i życie klubowe. Wydają się one z pozoru dość rozbieżne, pochodzące z dwóch różnych porządków społecznych.
R.K.: Możliwe, że są rozbieżne. Jestem spod znaku bliźniąt i mieszkają we mnie dwie natury. Może dlatego wszystko się miesza.
E.M.: OK. To może powiem ci, skąd pojawiło się moje pytanie. Z zewnątrz wygląda to tak, jakbyś poruszał się pomiędzy dwoma odmiennymi światami czy wycinkami rzeczywistości, i jest to zaskakujące.
R.K.: Podróżowanie pomiędzy konwencjami jest czysto postmodernistyczne. A ja jestem postmodernistą [śmiech].
E.M.: To prawda, w czystej postaci. Ironistą też. A jak rozumiesz współczesny underground? W każdym artykule na twój temat pojawia się co najmniej jedna wzmianka na temat undergroundu.
R.K.: Nie mam pojęcia. Nie wiem. Bardziej niż w całej kulturze jest to czytelne w muzyce, gdzie underground to są te wszystkie zespoły garażowo-piwniczne, tak je nazwijmy. Bardzo chciałbym zobaczyć film Wszystko, co kocham, który opowiada o latach osiemdziesiątych, a wtedy byłem już dość świadomy muzycznie, mimo że byłem wyrostkiem. Od 1983 czy 1985 roku interesowałem się Jarocinem, jakoś wtedy kończyłem liceum. Reggae, te wszystkie początki…

Polifonie znaczeń
Zygmunt Bauman: sensem ponowoczesnej sztuki, powiedzieć możemy, jest pobudzanie procesu sensotwórstwa i zapobieganie groźbie jego zahamowania; uwrażliwianie na przyrodzoną polifonię znaczeń i demaskowanie zawiłości wszelkich, prostych na pozór, wykładni; innymi słowy – występowanie w roli intelektualnego odpowiednika owej substancji, jaką wlewa się do samochodowej chłodnicy, by ją ustrzec przed zamarznięciem: sens sztuki ponowoczesnej polega na zapobieganiu zamarzaniu tymczasowych ustaleń w lodowate kanony blokujące przepływ nowym możliwościom. Zamiast utwierdzania rzeczywistości w jej ponurej funkcji cmentarzyska niespełnionych szans, sztuka ponowoczesna wydobywa na powierzchnię fakt wiecznego niedokonania znaczeń, a więc ukazuje także zasadniczą niewyczerpalność otchłani tego, co możliwe. [„Ponowoczesność jako źródło cierpień”, Warszawa 2000, Wydawnictwo Sic!, s.171-172]  

Wewnętrzne pejzaże
R.K.: Nie potrafię o tym mówić, łatwiej mi się maluje, łatwiej mi pisać – niż mówić. Do mówienia jestem taki średni.
E.M.: Rozumiem, ale kiedy pokazuję różnym osobom twoje prace, to pojawia się wiele pytań. Na przykład o to, co właściwie można znaleźć na twoich obrazach. Myślę, że zaskoczeniem jest to, że…
R.K.: To są pejzaże wewnętrzne…
E.M.: Właśnie chyba to jest największym zaskoczeniem, że malujesz pewne idee, a nie odtwarzasz konkretnych wydarzeń, jak koncert czy wyjście do klubu. Pozorny realizm prac może być tu bardzo mylący.
R.K.: Na pewno tak. To są idee, które gdzieś we mnie tkwią i wychodzą w trakcie malowania, ale nie wiem, dlaczego akurat w ten sposób.
E.M.: Kiedy oglądałam twoje obrazy, przyglądałam się im, zastanawiałam się, na ile twoją twórczość można porównać do reportażu, jak możemy przeczytać w różnych recenzjach. Najciekawsze jest to, że zajmujesz się bardzo nietypowym reportażem artystycznym, z dużym ładunkiem pejzaży psychodelicznych, tak jak to ująłeś.  
R.K.: Jeżeli w ogóle jest to reportaż.
E.M.: Mnie osobiście twoje prace, szczególnie portrety, kojarzą się z przywoływaniem wspomnień. Malujesz przecież niejednokrotnie wydarzenia, koncerty, które miały miejsce dwadzieścia, trzydzieści lat temu. W jaki sposób poszukujesz tematów prac?
R.K.: Poszukuję obrazów w internecie, oglądam zdjęcia internetowe, szukam tematów w stopklatkach filmów na YouTube.
E.M.: Czy kierujesz się jakimś kluczem, metodą? Skupiasz się na jakichś tematach czy zdajesz się bardziej na to, co samo na ciebie trafi?
R.K.: Wpisuję czasem w wyszukiwarkę hasła, które mnie interesują, na przykład: „muzyka garażowa” albo „amerykański hardcore” czy „post-hippi”, jako hasła klucze. Aktualnie zwracam uwagę na różne postaci, ale nie szukam kogoś, kto jest taki jak ja; nie, te postaci muszą mieć w sobie coś, co do mnie przemawia.
E.M.: Nie ma zatem większego znaczenia, czy jest to reprezentant undergroundu czy klubowicz, ale chodzi ci o pokazanie, powiedzmy, wielkomiejskiego stylu życia?
R.K.: Nie chodzi tylko o wielkomiejskość, choć w kilku interpretacjach mojej twórczości powtarza się ten motyw. Chodzi mi o pokazanie kondycji współczesnego człowieka.

Landszafty
E.M.: Kiedy już znajdziesz temat, obraz, co później się dzieje, jak obrabiasz ten medialny materiał? Czy drukujesz, przemalowujesz z ekranu, wybierasz mały element?
R.K.: Patrzę na ekran i szkicuję na kartce, na specjalnej deseczce. A potem maluję już w innym pokoju.
E.M.: Jak ostateczny obraz ma się do oryginału?
R.K.: Jest przetworzony, a czasami kadruję tylko pewien element.
E.M.: Nie wiem, czy się nie obrazisz, ale kiedy próbowałam wyobrazić sobie proces powstawania twoich prac od strony czysto warsztatowej, wyobraziłam sobie ciebie jako aparat fotograficzny, ale nie cyfrowy.
R.K.: Analogowy? Uwielbiam aparaty analogowe.
E.M.: Robisz ujęcie, „fotkę” fragmentu rzeczywistości, osoby, a potem przetwarzasz i wywołujesz obraz na papierze. Trochę jak w pracy fotografa w ciemni.
R.K.: Jak w ciemni, bo nie wiadomo, co wyjdzie, jak poleży w tym płynie.
E.M.: Powoli, powoli wyłania się obraz.
R.K.: Jak duch.
E.M.: Kiedy przeczytałam, że jesteś wizualnym socjologiem, to trochę się obruszyłam. A potem natrafiłam na trop, że jesteś fotografem. Kiedy się widzi twoje prace, to jest taki moment wahania, że jest to obraz „czegoś”, ale właściwie nie wiadomo, co przedstawia. Akwarele, które wyglądają jak źle wywołane zdjęcia albo nieostro wykonane fotografie. Pod jednym z wywiadów z tobą, który znalazłam w internecie, zamieszczono komentarz. Była to bardzo ciekawa interpretacja, że żyjemy w czasach, gdy malarstwo zostało ostatecznie wyparte przez fotografię cyfrową. Być może faktycznie nastąpił końcowy etap procesu, od kiedy wynalezienie fotografii zaczęło wypierać tradycyjne malarstwo z jego głównej funkcji portretowania?
R.K.: To prawda, to się dzieje już od Degasa, starego mistrza.
E.M.: Co może dziś namalować artysta? Abstrakcję – czyli uciec od rzeczywistości. Może też wybrać klasyczny impresjonizm.
R.K.: Czyli landszafty.
E.M.: W jakiś sposób przetworzone landszafty. Albo może malować wspomnienia, czyli tworzyć „realizm pamięci”. Kojarzy mi się to z próbą odtworzenia portretu pamięciowego, z sytuacją, kiedy próbujesz sobie przypomnieć twarz, sylwetkę znajomej osoby, której dawno nie widziałeś i okazuje się, że jesteś w stanie sobie przypomnieć tylko pewien zarys, zamazane wrażenie osoby, sceny z życia. Trochę jak na twoich portretach i innych obrazach.
R.K.: „Klisze pamięci” – słyszałem takie określenie teatru Kantora. Pamiętam nawet stwierdzenie, że Kantor cały czas przetwarzał, przerabiał to, co widział, co przeżył. Ciekawe spojrzenie. Daję ci wolną rękę, nic ci nie narzucam.

Coraz łatwiej jest zrobić zdjęcie
Wypowiedź internauty: A ja bym właśnie poteoretyzował, chociaż z wykształcenia jestem praktykiem. Odchodzenie od szczegółów w malarstwie w dzisiejszych czasach ma sens, ponieważ dookoła obecne są już nie tylko fotografia czarno-biała i kolorowa. Coraz łatwiej jest zrobić zdjęcie i je rozpowszechniać (aparat cyfrowy, internet, drukarka na biurku). Dosłowne naśladowanie natury przez malarza/rysownika (w sposób fotograficzny) traci na znaczeniu, stając się niekiedy domeną skostniałych akademików. Jednak nasza pamięć nie działa jak aparat fotograficzny i tu tkwi ogromne pole do popisu dla malarstwa, które może uzyskać efekty bliższe naszemu niewyraźnemu zapamiętywaniu, naszej podświadomości czy snom. (…) Zdjęcie może bardziej realistycznie oddać rzeczywistość (powiedzmy), lecz malarstwo ma potencjał lepiej oddać rzeczywistość naszej pamięci, to w jaki sposób widzimy i gromadzimy to, co ujrzeliśmy. [Wypowiedź pod artykułem Magdy Buraczewskiej-Świątek: „Najbardziej pierwsze wrażenie”, www.artstore.pl, 28.01. 2010 rok; godz.: 21:52].

Ważny jest przekaz
R.K.: Dla mnie ważniejszy jest przekaz niż medium – a nie fakt, czy obraz jest na płótnie, czy na papierze. To forma terapii, psychoterapii. I widzisz, przynajmniej jeśli chodzi o ciebie, to realizuję cel, jaki zamierzam: żeby widz zatrzymał się, pokumał trochę, zastanowił się.
E.M.: O tak, Bauman porównywał ponowoczesną sztukę z działaniem płynu do chłodnicy samochodowej, bo nie pozwala zamarznąć kulturze. Ktoś inny celnie powiedział o sztuce współczesnej, że jej istotnym sensem jest wytrącanie z automatyzmu myślenia. Patrzymy nagle na to, co wydaje się nudne, banalne, codzienne, z zupełnie innego punktu widzenia.
R.K.: To tak jak z filmem. Czasami oglądamy filmy niby banalne, pokazujące to, co widzimy za oknami, ale robią to w taki sposób, który zapamiętujemy. Właśnie często chodzi o to, że nic się nie dzieje – tak jak u mnie, gdy siedzę przy komputerze.
E.M.: Może to problem współczesnego, względnie sytego człowieka, bo jak się bliżej przyjrzeć, to u większości społeczeństwa nic się „nie dzieje”. Nic ważnego. Oprócz tego, że w mediach usłyszymy, że jakieś miasto zalała powódź, inne zniszczył tajfun, a w kolejnym odcinku serialu doszło do zdrady. Takie trochę „odhaczanie” kolejnych, podobnych do siebie, dni w kalendarzu.

Poza obiegiem
E.M.: Funkcjonujesz więc poza obiegiem rynku sztuki i dlatego chciałam cię zapytać, jak widzisz sytuację artystów na rodzimym rynku, sposoby finansowania sztuki? Niedawno miałeś ciekawą sytuację, wymianę maili na ten temat.
R.K.: Tak, wysłałem kiedyś odpowiedzi do sondy internetowej à propos mecenatu w sztuce. Odpowiedziałem na nią bardzo szczerze, ponieważ nie znam żadnych mecenasów i nie miałem jeszcze żadnych dochodów ze sztuki „czystej”. Dostawałem nieraz zapłatę, kiedy projektowałem okładki płyt dla zespołów, oczywiście undergroundowych, ponieważ nikogo z mainstreamu, chociażby mnie prosił, nie zamierzam nigdy ilustrować i promować. Natomiast underground bardzo chętnie, hardcore... Zgodnie z tym, co myślałem, nie zamieszczono mojej wypowiedzi, bo nie mieściła się w z góry założonej tezie, że jednak jest mecenat sztuki. Opublikowano za to odpowiedź osoby, która dostaje stypendium z ministerstwa.
E.M.: Z czego wynika twoja niechęć do rynku czy mecenatu państwowego?
R.K.: Uważam, że to wpływa na twórczość. Poza galerią Bocheńskiej i Karowej w Warszawie, oraz poza Internetem, nie pokazuję swoich prac.
E.M.: Z założenia chyba nie masz nic przeciwko temu, żeby sztuka się sprzedawała?
R.K.: Lewicowość lewicowością, antysystemowość antysystemowością, ale pieniądze się przydają, mówiąc krótko. Inaczej trzeba czerpać na twórczość z innych źródeł. Chciałbym móc żyć ze sztuki, tylko że aktualnie jest to w Polsce nierealne.
E.M.: Dla artystów takich jak ty, czy ogólnie?
R.K.: Dla niektórych jest to realne, chociaż są to wyjątki potwierdzające regułę. Wszyscy narzekają w tej chwili, i galerzyści, i artyści. Poza tym nie lubię systemu, w którym istnieją tak zwane święte krowy, nietykalne, które – obojętne, czego nie zrobią – to jest to w ogólnym pojęciu, na portalach tematycznych, uznawane za „dobre”. Widzę przecież, że to jest słabe, a czytam, że „jest dobre”. W przypadku kina, które jest być może bardziej obiektywne, można przeczytać miażdżące recenzje filmów. Obojętnie, czy film miał budżet za trzy miliony, czy za sto tysięcy dolarów, to może być „dobry” lub „zły”. Na przykład musical Nine miał ogromny budżet, a w „Przekroju” dostał tylko jedną gwiazdkę. O sztuce nie pisze się w ten sposób w Polsce.
E.M.: Jak rozumiem, brakuje nieuwikłanej, obiektywnej krytyki artystycznej?
R.K.: Z tego, co wiem, w większości galerii, dostęp „młodych” jest sterowany. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowej dziejów, nie wietrzę wszędzie zmowy, ale na naszym rynku tak jest. Wystarczy obejrzeć bardzo miarodajny portal, na który się wszyscy powołują, portal blogerski prowadzony przez ludzi znających się na sztuce – ArtBazaar. Czytam ich namiętnie i widzę w kółko te same nazwiska.
E.M.: To prawda, nazwiska nie zmieniają się od jakichś dziesięciu lat.
R.K.: Co najmniej od dziesięciu lat. To są ci sami artyści mieleni w kółko. Podobnie jak cały czas mamy nagłaśnianie konfliktu pani Kingi Rusin z panią Hanną Lis, jakby nie było innych dziennikarek. Wystarczy wpuścić nowe dziennikarki i nie będzie problemu. W sztuce też widzę coś takiego, bo dość mocno to śledzę, a jeśli coś się powtarza sukcesywnie od wielu lat, to znaczy, że coś jest na rzeczy. A gdzie są nowi artyści, młodzi, którzy skończyli rok, dwa lata temu akademię, na przykład ASP w Krakowie?
E.M.: Jeszcze kilka lat temu prężnie działały wyspecjalizowane festiwale (np. Novart w Krakowie), jako mechanizmy wyłapywania „młodych”. Gdy to obserwuję ze swojej perspektywy, również mam wrażenie, że pole działania sztuki dość mocno zastygło w ostatnich latach.
R.K.: W Krakowie zupełnie zamknęło się w sobie.
E.M.: Być może wynika to z tego, że tych miejsc prezentowania sztuki współczesnej, galerii ilościowo nie przybywa, a artystów jest coraz więcej. Może więc środowisko musiało stać się ekskluzywne, tak jak prawnicy czy lekarze?
R.K.: Opowiem ci bardzo ciekawą historię z ubiegłego roku. Jest taka galeria warszawska Leto, bardzo ambitna. Mają tam Annę Baugmart, bardzo zdolną artystkę, Radka Szlagę, którego bardzo lubię. Szukałem nowych galerii w Warszawie, żeby zrobić wystawę albo wziąć udział w wystawie zbiorowej. Napisałem list do właścicielki galerii i ona mi natychmiast odpowiedziała, co jest bardzo interesujące. Jeszcze ciekawsze było to, co mi napisała, a mianowicie, że moja sztuka jest bardzo OK., i ma coś w sobie, ma swój styl i klimat – co mnie ucieszyło – ale nawet jakby chciała, to mnie do oferty galerii nie weźmie, ponieważ ona ma dwunastu artystów –  i trzynastego nie przyjmie.
E.M.: Trochę to przypomina minifabrykę sztuki i ubieganie się w niej o pracę.
R.K.: Być może, bo nawet jeśli ktoś lubi twoją sztukę, obojętnie czy w sposób dyplomatyczny, czy nie, to pojawi się haczyk: Mam dwunastu artystów i nie chcę trzynastego albo Mam piętnastu artystów i nie wezmę szesnastego czy cokolwiek innego. Opowiedziałem tę historię różnym osobom i kilka z nich przyznało rację właścicielce galerii, ponieważ mamy tak ubogi rynek sztuki w Polsce, że może ona nie chce się angażować w nowe pomysły, bo i tak nie będzie miała z nich zysku.

Pęknięcie
R.K.: Nie lubię określenia „ładne”. Kiedy ktoś ogląda moje prace i ocenia je jako „ładne”, to takie stwierdzenie kojarzy mi się z Bramą Floriańską, z obrazami, które wiszą w Cepelii. Malarstwo nie musi się podobać, tylko powinno przemawiać albo budzić wspomnienia widza.
E.M.: Wracając do tematu wspomnień – zastanawiałam się, dla kogo jest ta sztuka, do kogo może trafić?
R.K.: Nie wiem, może do tych, którzy chcą się z tymi pracami zaprzyjaźnić. Ale jaki jest target, to nie wiem.
E.M.: O! Używasz języka rynku. Ale abstrahując od „popytu”, tak sobie myślę, że twoja twórczość ma szansę trafić do konkretnego pokolenia ludzi, którzy widzieli underground w jego rozkwicie, odczuli czy mogli obserwować. Jeśli mówisz, że chciałbyś pobudzać wspomnienia, pamięć, to przecież musimy zgodzić się na to, że te wspomnienia podzielamy.
R.K.: To jest tak jak z filmem Wszystko, co kocham, mniej więcej. Reżyser jest chyba z rocznika 1968 i zauważyłem, że jego film chwalą głównie osoby urodzone w tych samych latach.
E.M.: Współcześni młodzi żyją już w zupełnie innej rzeczywistości, w innym kontekście społecznym?
R.K.: Tak, tylko ja jestem na rozdrożu, de facto. Urodziłem się w 1969 roku. Lądowanie na Księżycu, zabójstwo żony Polańskiego i jeszcze siedmiu czy sześciu osób. A z drugiej strony, jestem bardzo zanurzony w media zupełnie współczesne.
E.M.: Pęknięcie, o którym mówisz, jest widoczne w twojej twórczości. Może jest tak, że z jednej strony mamy tam underground, jako wspomnienie czy współczesny skansen, a drugiej życie klubowe, czyli post-underground zażywający extasy. Kiedy oglądam twoje prace, to zaczynam myśleć o tym, w jakiej sytuacji znalazło się pokolenie „30 plus”. Myślę, że to są bardzo szczególne roczniki, które żyją po części w tych obydwu światach-metaforach. Underground jako utopia, którą utopiliśmy w klubie. A klub jako Disneyland dla dorosłych, weekendowy karnawał – w piątek, w sobotę oddajemy się zabawie, żeby w poniedziałek powrócić do pełnienia oczekiwanych ról, do codziennych zajęć.   
R.K.: Do pracy w koncernach.
E.M.: Albo do innej mało twórczej pracy.
R.K.: Wiesz, nie próbuję być na pewno moralistą, ale to, co powiedziałaś, jest jakąś interpretacją, dobrą jak każda inna.

Rozmawiała: Ewa (FK) Miszczuk
 

Co? Gdzie? Kiedy?

«  

Maj

  »
P W Ś C P S N
 
1
 
2
 
3
 
4
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
30
 
31
 
 
 
 
AdaptiveThemes